Prawo Parkinsona, czyli jak zrobić więcej w mniej czasu

(autor: http://www.flickr.com/photos/dennajones/)
51 lat temu 49-letni brytyjski pisarz Cyril Northcote Parkinson opublikował swoje najsłynniejsze dzieło pod tytułem „Prawo Parkinsona” z podtytułem „lub w pogoni za postępem”. Satyra o organizacji pracy urzędników z miejsca stała się bestsellerem, a autorowi zapewniła dużą popularność. Parkinson w książce opisał nie tylko rozrastającą się biurokrację, ale także między innymi wyśmiał brak kompetencji wśród urzędników, sparodiował styl bycia grubych ryb czy napisał poradnik jak pozbyć się pracownika w wieku przedemerytalnym. Prawo opisane w książce, choć początkowo będące satyrą, szybko zostało zaakceptowane na całym świecie jako fakt.
Książkę otwiera zdanie, które jest tematem dzisiejszego wpisu:
Im więcej czasu mamy na wykonanie jakiejś pracy, tym więcej czasu nam ona zabiera.
Innymi słowy: „Najbardziej zajęty człowiek to ten, który ma mnóstwo czasu”. I nie ma w tym stwierdzeniu nic na wyrost. Dobrym przykładem ilustrującym to prawo jest przytoczony przez autora przykład starszej pani, która nie ma nic do roboty i chce wysłać pocztówkę. „Godzinę zabierze jej znalezienie pocztówki, drugą – szukanie okularów, pół godziny odnalezienie adresu, godzinę i kwadrans napisanie tekstu, dwadzieścia minut – wahanie, czy wziąć parasol idąc do skrzynki na sąsiednią ulicę”.
Chyba każdego chociaż raz w życiu spotkała sytuacja, kiedy zapomniał coś zrobić i zostało mu na to tylko kilka godzin. Jeżeli normalnie napisanie kilkustronicowego referatu może zająć cały dzień z przerwami, to przy bardzo napiętym terminarzu da się go napisać w ciągu godziny czy dwóch. I często okazuje się, że jest lepszy niż ten pisany cały dzień. A wszystko dzięki temu, że aby zdążyć przed deadline’em musimy maksymalnie skupić się na wykonaniu zadania.
Zazwyczaj na przeciętny wpis na tego bloga poświęcam minimum 120 minut – w tym napisanie pierwszej wersji, po „odleżeniu” poprawki, a potem poszukiwanie zdjęcia i formatowanie tekstu. Niedawno przez cały dzień, na który przypadała publikacja wpisu, zmagałem się z chorobą i nie byłem w stanie nic napisać. Dopiero około 22:00 doszedłem do siebie. Mimo to udało mi się napisać w niecałą godzinę dosyć długi wpis, znaleźć zdjęcie i opublikować go. A później okazało się, że stał się jednym z najczęściej komentowanych wpisów na blogu.
Parkinson napisał: „Praca, którą należy wykonać, nabiera znaczenia i staje się bardziej skomplikowana w stosunku wprost proporcjonalnym do czasu, jaki jej można poświęcić”.
Z prawa Parkinsona wynika prosta zależność: im mamy więcej czasu na wykonanie zadania, tym gorzej nam pójdzie z jego wykonaniem. Dlatego o wiele lepiej jest nadać sobie bardzo krótki deadline niż bardzo długi, bo wbrew pozorom prawdopodobieństwo lepszego wykonania zadania jest wtedy, kiedy mamy bardziej ograniczony czas.
Jeżeli jest coś do wykonania na za dwa miesiące (np. jakaś analiza), to ile osób zacznie wykonywać je dzisiaj? Dokładnie, prawie nikt. Wszyscy będą odkładać rozpoczęcie prac na kolejny dzień, tydzień lub miesiąc. A gdyby na to samo zadanie dać 24 godziny? Wszyscy musieliby się zabrać do pracy teraz, a analiza zostałaby zapewne napisana w bardziej spójny sposób niż te pisane przez długi okres czasu.
Jeżeli mamy mało czasu, to skupiamy się tylko na tym, co naprawdę ważne. Ale bez przesady, nikt w godzinę nie napisze 30-stronicowej analizy! Terminy mają być bardzo krótkie, ale realistyczne.
Prawo Parkinsona można przenieść na realizację swoich celów i marzeń. Dlaczego zdecydowałem, że chcę zostać milionerem w ciągu 7 czy 8 lat zamiast w ciągu 20 lub 30? Oprócz tego, że chcę się szybciej cieszyć bogactwem wiem, że gdybym wyznaczył sobie tak długi deadline jak np. „zostanę milionerem w 2030 roku”, to nie skupiałbym się na tym tak bardzo, bo miałbym jeszcze sporo czasu.
Ale i teraz zauważam, że za mało skupiam się na swoim celu, co opisałem we wpisie „Dlaczego długoterminowe planowanie nie zdaje egzaminu?”. Potrzebuję jeszcze krótszych deadline’ów, aby móc za każdym razem w pełni poświęcać swoją uwagę na dopięcie terminu. Odległy cel nie motywuje tak bardzo jak ten bliższy i skłania do przekładania konkretnych działań na przyszłość. A przekładając pracę na przyszłość, nigdy nie zostanie się rentierem. Dlatego do końca tego roku wyznaczam sobie deadline na opracowanie planu konkretnych działań, jakie muszę podjąć w styczniu, a następnie w ciągu I kwartału 2010 roku, aby przybliżyć się do symbolicznego pierwszego miliona.
Jest to ostatni wpis w tym roku, dlatego życzę wszystkim, aby ten następny był rewolucyjny w Waszych życiach. „Jeśli będziesz ciągle robił to, co zawsze robiłeś, zawsze otrzymasz to, co ciągle otrzymywałeś. Jeżeli to, co robisz, nie działa, rób coś innego”. Niech 2010 rok będzie dla Was rokiem pełnym nowych doświadczeń, które będzie można przekuć na sukces.
Podobne wpisy:
- Prawo poprzedzania, czyli osiągnięcie celu to nie największa nagroda
- Jak znaleźć więcej czasu na czytanie ulubionych blogów?
Jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz go skomentować lub zasubskrybować RSS i otrzymywać nowe artykuły na swój czytnik RSS.

To nie jest głupie! Nigdy nie słyszałem o tej książce, ale idea w niej zawarta, którą opisujesz jest tak ironiczna, że banalnie prosta, a niezauważalna. Gdy dla chęci dorobienia piszę tekst pod precla (tak wiem, mało ambitnie, ale trochę groszy wpada) i nie mam określonego terminu – zwykle go nie kończę. Odkładam, zajmuję się czymś innym, szybko wylatuje mi z głowy. Ustanowienie sobie twardych terminów, a najlepiej stworzenie systemu kar, polepszyłoby moja produktywność (oczywiście nie popadajmy w skrajność, karą mógłby być przykładowo wieczór bez książki). Bardzo inspirujący wpis i dający do myślenia. Jak mogłem być taki głupi i nie zauważyć czegoś tak prostego… ludzki umysł jest tak ograniczany przez niewiedzę. Dzięki za ten wpis, polecam go dodać do tabelki “Ciekawe wpisy”.
.
Dzięki za życzenia, ale osobiście jestem negatywnie do nich nastawiony. Wiesz co chcesz osiągnąć i dąż
Szczerze to tym wpisem nowego nic nie wnosisz poza prezentacją książki i autora. Bo wszystko rozbija się o umiejętne organizowanie czasu. A wiele wniosków tutaj wypisanych czytelnikom powinny nasunąć się po wcześniejszych wpisach.
To jest reguła (prawo Parkinsona), a od reguły są czasem wyjątki. Faktycznie, taka prawidłowość jest zauważalna i prawie każdy ma z tym do czynienia. Kwestia tylko czy ktoś trywialnie mówiąc potrafi w porę “wziąć się w garść”.
Przykład z pisaniem nie jest moim zdaniem trafny, bo zależy o czym ma się napisać. Są tematy, które musimy po prostu sobie ułożyć i spisać, a są i takie, których treść rodzi się podczas pisania i myślenia.
Mam za to inny przykład, ale oddający naturę ludzkiego traktowania czasu: mamy wynieść śmieci, wyjąć naczynia ze zmywarki i zamieść schody przed domem. Ot codzienna czynność w moim domu. Każda zajmuje maksymalnie 5min, co daje w sumie 15 minut pracy. Kiedy mamy świadomość, że na zrobienie tego dostępnych mamy 6h bo wtedy wróci ktoś z domowników i będzie chciał skorzystać z kosza, zmywarki itd. I przez tą możliwość wykonania czynności na przestrzeni 6h odwlekamy to, mało tego, nie traktujemy tego jako krótką czynność, psychicznie większość ludzi będzie miała poczucie, że to angażowanie większej ilości czasu. A to tylko 15 minut.
Z jednej strony nie da się powiedzieć że prawo nie działa bo przecież każdy ma doświadczenia które je potwierdzaja, z drugiej myślę że jego częste “stosowanie” powoduje dużo stresu i napięcia.
Ciekawy wpis, sam na sobie zauważyłem taką prawidłowość, ale żeby o tym książka była…
Z drugiej strony myślę, że ta prawidłowość nie tyczy się wszystkich (mnie jak najbardziej), ale ludzie bardzo pracowici i nie leniwi myślę, że krótkich terminów nie potrzebują, takie osoby po prostu robią takie rzeczy od razu nie odkładając na później.
Piotr – proste bardzo często jest najlepsze. Ludzie za bardzo kombinują w dzisiejszych czasach.
Mauro - nie pisałem o tym wcześniej. Jestem przeciwnikiem organizowania sobie czasu, bo to nie działa. Możesz sobie ustawić terminy, zadania do wykonania, ale opracowywanie co będziesz robił cały dzień jest bez sensu. Przykład z kobietą jest wg mnie trafny, bo jeżeli nie masz później żadnych zajęć, to możesz sobie pozwolić na marnowanie czasu w podany wyżej sposób. Gdyby ta kobieta za godzinę miała wyjść na spotkanie z córką, to zrobiłaby to wszystko w godzinę.
Arek – wyróżniamy stres dobry (eustres) i stres zły. Eustres działa właśnie w przypadku prawa Parkinsona.
Maturzysta – książka nie jest o samym prawie Parkinsona, ale o całej biurokracji i organizacji pracy urzędników, co zresztą podkreśliłem we wpisie. Polecam przeczytać, bo jest krótkie i zabawne. Na pewno istnieją superludzie, którzy wszystko robią od razu, ale 99% populacji takie nie jest (może to i dobrze, bo świat byłby wtedy pełen zombie skupionych na pracy).
Marcin – masz rację co do zombie. Biorąc pod uwagę ludzi pracujących na etacie, którzy stosowaliby te prawo, to do swojej emerytury by nie dożyli, bo zaraz pracodawca znajdzie im kolejne zadania. My tutaj mając perspektywę większego luzu za kilka lat możemy teraz coś poświęcić i zwiększyć swoją efektywność.
To jest cały problem z etatem – jeżeli masz pracować 8 godzin dziennie, to jeżeli zrobisz tę pracę w 4 to i tak będziesz robił coś innego kolejne 4 godziny. Błędne koło. Dlatego wolę swoje małe, ale spokojniejsze dochody z Internetu, które powoli się rozwijają.
Marcinie, nie demonizuj etatu. Nie miałeś okazji popracować w kilku/kilkunastu firmach na różnych etatach, a łatwo przychodzi Ci generalizowanie. Narzeczona pracuje 3 dni na tydzień w salonie, poczesze, postrzyże celebrytów i zarobi kupę szmalu. Do tego praca jaką lubi. Ale mimo, że to dobra fucha, to nie każdy ma być fryzjerem!
Co do planowania czasu, to jestem również przeciwny szczegółowemu planowaniu całego dnia. Chodzi o świadomość, że danego dnia mam wypełnić standardowe obowiązki, coś kupić, coś załatwić itd. I człowiek, który mądrze gospodaruje czasem będzie potrafił bez notesu ustalić priorytety co w jakiej kolejności. A od czasu do czasu o czymś zapomni i jeden dzień nie pójdzie idealnie bo jest tylko człowiekiem.
Kiedy człowiek musi sam sobie ustalić listę zadań do wykonania i na dodatek okaże się ona na tyle krótka, że zrobiłby to wszystko w 1/3 dnia, to i tak będzie robił to cały dzień. Bo jeżeli zrobi to w stosunkowo najkrótszym czasie, to co zrobi z pozostałym czasem?
Niekiedy większy komfort psychiczny mamy, kiedy robimy coś cały dzień (a faktycznie zrobić się to da w np. 4h) niż gdybyśmy zrobili to w 4h i potem przebomblowali ten czas – bo mielibyśmy poczucie zmarnowanego czasu.
W niektórych sektorach etat jest uzupełnieniem pracy we własnej firmie (swoją drogą unikatowe chyba zestawienie
) ). Weź dla przykładu pracę lekarza. Pracując na etacie za marne pieniądze w szpitalu (20.000 z dyżurami na kontrakcie) zyskuje umiejętności, renomę oraz możliwość zgrabnej hospitalizacji swoich pacjentów. Dopiero po pracy ne tym “etaciku” może pojechać do swojego prywatnego gabinetu/kliniki gdzie w ciągu godziny zarobi tyle co w ciągu dnia pracy w szpitalu. W tym przypadku jednak ten drugi sposób na zarabianie pieniędzy byłby mocno ograniczony gdyby ten pierwszy nie zaistniał 
Mauro – nic nie demonizuję, nie muszę pracować w kilkunastu miejscach, żeby widzieć, że to nie dla mnie. Widzę jak muszą pracować moi rodzice.
“Bo jeżeli zrobi to w stosunkowo najkrótszym czasie, to co zrobi z pozostałym czasem?” - pouczy się, pośpi, spotka się ze znajomymi, poczyta, posłucha muzyki = zrelaksuje się. Życie to nie praca, jak ją wykonasz to nie znaczy, że masz sobie dalej zapełniać czas czymś konkretnym.
“Niekiedy większy komfort psychiczny mamy, kiedy robimy coś cały dzień (a faktycznie zrobić się to da w np. 4h)” - to jest dopiero prawdziwe marnowanie czasu – dla dobrego samopoczucia. Marnowanie życia na pracę, którą można zrobić szybciej. Robisz w 4 godziny, potem odpoczywasz. Po co to przedłużać? W pracy na etacie jest inaczej, o wiele gorzej – pracowałem kilka razy w magazynach i takich miejscach i w ogóle nie zależało mi, żeby szybciej skończyć robotę, bo i tak mi płacili za godziny, więc jakbym zrobił coś w 4 godziny to albo kończyłbym pracę (i tracił pieniądze za nst. 4 godziny) albo dostałbym coś innego. Ale jeżeli sam organizujesz sobie pracę, to możesz coś zrobić w 4 godziny i mieć spokój, a pieniędzy dostaniesz tyle, ile planowałeś.
“bo mielibyśmy poczucie zmarnowanego czasu” - a od tego trzeba się uwolnić. Czy zaznasz kiedyś spokój, jeżeli czas wolny od pracy (albo czas, kiedy będziesz niezależny finansowo i nie będziesz musiał pracować) będziesz uznawał czas za zmarnowany?
Kuba – tak czy siak praca lekarza jest cholernie ciężka i ograniczona naszym czasem. Dlatego wolę własny biznes, gdzie ktoś może wykonywać pracę za Ciebie i nie potrzeba Twojej pracy, aby zarobić.
Popieram Cię Kuba. Teraz może ja generalizuję, ale właśnie na blogach młodych ludzi dążących do miliona jest widoczny taki anty-etaty. Jak patrzę na rodziców i ich znajomych to nabieram pokory i wiem, że trzeba trochę przejść samemu.
Marcinie – wiesz na czym polega nasze niezrozumienie? Na tym, że raz dajesz recepty “uniwersalne”, a raz odnosisz (oceniasz) je względem siebie (przykład: etat – “nie muszę pracować w kilkunastu miejscach [...] to nie dla mnie”; lekarz – “cholernie ciężka” praca). Tak samo z odpoczynkiem. Dla jednych czas relaksu to będzie leżenie bokiem przez kilka godz na słońcu, a dla innych możliwość przeczytania zaległych tygodników i gazet, lub praca w ogrodzie (o zgrozo, praca przecież ta nas może zmęczyć). Mi chodziło o to, że skoro ludzie nie potrafią sobie zorganizować czasu i wykonać zadań w krótszym czasie, to co im po szansie na odpoczynek (bo i po czym odpoczywać?).
Zawód zawodowi nie równy. Kiedyś pracowałem przy etykietowaniu alkoholi w magazynie i jak się kończyło robotę o 12:00 to i tak bezczynnie się siedziało do 14:00 bo o tej podbić trzeba było kartę. Więc doskonale rozumiem Twoje rozczarowanie z pracy na etacie. Ale pracowałem również w zawodach gdzie jak kończyłem zadanie, to jechałem wcześniej do domu. Czyli zawód zawodowi nie równy. Na domiar tego szanuję Twoje aspiracje do samodzielnego biznesu, bo sam wraz z wiosną rozpoczynam własny, ale dzięki doświadczeniom na etatach.
“właśnie na blogach młodych ludzi dążących do miliona jest widoczny taki anty-etaty” - a wynika to z tego, że ci ludzie widzą, że praca na etacie może ich jedynie doprowadzić do przeciętnego, nudnego i mało optymistycznego życia.
“Jak patrzę na rodziców i ich znajomych to nabieram pokory i wiem, że trzeba trochę przejść samemu” – jak patrzę na rodziców i ich znajomych to nabieram pewności, że trzeba tego unikać za wszelką cenę. Może twoi rodzice i ich znajomi to rozchwytywani menedżerzy, którzy mają tak bogate CV, że z miejsca dostają 20 tysięcy miesięcznie, ale zdecydowana większość pracowników etatowych to ciężko pracujący ludzie, którzy dostają za swoją pracę grosze. A do tego w każdej chwili mogą stracić pracę i wtedy dopiero zaczyna się nieszczęście. Nie bronię ich jednak, bo wiem, że to ich wina, że polegają tylko na etacie. Ja nie mam zamiaru polegać na tym, czy jakiś szefunio mnie jutro nie wywali z roboty albo każe zostać po godzinach. Sam wolę być dla siebie szefem i płacić ludziom za efekty.
W tej kwestii nie dojdziemy do porozumienia, bo moje doświadczenia z etatem są tylko i wyłącznie negatywne, począwszy od moich doświadczeń do wpływu takiej pracy na osoby z mojego najbliższego otoczenia (pesymizm, dużo pracy i małe zarobki i tak dalej).
“praca w ogrodzie (o zgrozo, praca przecież ta nas może zmęczyć)” - przesadzasz, praca to dla mnie coś, co robimy tylko z tego powodu, że musimy. Pracą nie jest tworzenie biznesu, jeżeli to Cię pociąga, tak samo nie będzie pracą praca w ogródku, jeżeli uwielbiasz doglądać swoich roślinek. Jeżeli ktoś uwielbia remontować domy i w ten sposób pracuje to wszystko ok, ale jeżeli ktoś robi na budowie chociaż tego nienawidzi (np. student, który 5 lat przemęczył na uniwersytecie, żeby dostawać grosze) to nie jest to zbyt dobry pomysł na życie.
Zaskakuje mnie jak łatwo ludzie zgadzają się na niewolnictwo za pieniądze.
“praca na etacie może ich jedynie doprowadzić do przeciętnego, nudnego i mało optymistycznego życia.”
Nie prawda, ale skoro masz tylko negatywne doświadczenia, to rozumiem. Jednak rzeczywistość nie jest tak czarno biała jak by wynikało z Twojego zdania. Należy też unikać myślenia stereotypowego.
“Zaskakuje mnie jak łatwo ludzie zgadzają się na niewolnictwo za pieniądze.”
Niewolnictwo ma inne znaczenie. W każdym razie kiedyś chyba to napisałem w którymś z komentarzy: mianowicie potrzebni są ludzie, którzy będą pracować w różnych zawodach (od szambiarzy, rzemieślników, po sekretarzy, ankieterów skończywszy na prezesach). Każdy chciałby być bogaty i mieć taką pracę, aby nie przynosiła mu zmęczenia czy przykrego samopoczucia. Ale rzeczywistość jaka jest, taka jest. Tak jak z tym chłopakiem co został topowym golfistą – miał inne uwarunkowania i je wykorzystał. Jego rówieśnik z Afryki też ma swoją szansę, mniejszą i nieporównywalną, też ją wykorzystuje i jest kim jest.
Oczywiście, że są potrzebni tacy ludzie i zawsze tacy ludzie będą. Ja piszę tylko ze swojego punktu widzenia, że nie chcę do nich dołączać, jest wystarczająco wielu ludzi, którzy mogą to robić.
Przykład z golfistą – a co z miliarderami z Polski a z Ameryki? Masz miliarderów i tutaj i tam, a wg Twojego pojęcia powinni być tylko w Ameryce. Tak samo są i w Afryce.
“Każdy chciałby być bogaty i mieć taką pracę, aby nie przynosiła mu zmęczenia czy przykrego samopoczucia” - oczywiście, że tak, jednak większość ludzi tylko chciałaby być bogata. Bogaci zostają tylko ci, którzy nie chcieliby, ale ci, którzy wiedzą, że będą.
Lekarz sukcesu to też lekarz menedżer., a więc przedsiębiorca posiadający własną przychodnie/klinike i zatrudniający innych lekarzy. Oczywiście odsetek takich lekarzy sukcesu jest taki sam jak menedżerów z prawdziwego zdarzenia. Zresztą krzywa gaussa będzie pasować do wszystkich branż i sektorów… jeżeli chodzi o sukces finansowy
Bardzo podoba mi się Twój blog. Utwierdza mnie on w wielu swoich postanowieniach i rozważaniach!
Dzięki za miłe słowa. Mnie też utwierdza jak czytam komentarze, obojętnie czy zgadzające się ze mną czy nie hehe.
przyznam szczerze sadziłem,że zaczynasz pisać już o wszystkim, nie zawsze związanym z celem. A tu proszę miłe zaskoczenie, bardzo ciekawy wpis, dający do myślenia. oby takich więcej:)
Zaznaczyłem w ostatnich wpisach, że to mała odmiana. Czasami potrzeba trochę odetchnąć od takich tematów hehe.
No i druga sprawa: poszerzyłem ostatnio trochę tematykę bloga o lifehacking, a wpis o tanim podróżowaniu do takiej kategorii należał.
Wracając do tego niepochlebnego podsumowania Agi z zablokowanego przez Marcina wpisu, nie zostawiającego nań suchej nitki.
Aga pisze, że była na Mojorce i w jej ocenie autor bloga ma żałować tego, że nie zwierdził katedry w Palmie. Droga Ago!
- Dlaczego autor ma tego żałować, skoro jak napisał nie lubi oglądać zabytków?
- Dlaczego uważasz, że autor bloga musi żyć według Twoich własnych wyobrażeń
Ago! Widzę, że koniecznie próbujesz uszczęśliwiać innych ludzi na siłę. Jakim prawem to robisz?
Ago! Jak Ty byś się czuła, gdyby autor narzucał Ci sposób, w jaki masz spędzał swój wolny czas? Może oprócz wydawania pieniędzy, przydałoby Ci się też odrobinę edukacji mentalnej.
PS. Podoba mi się wpis Marcina, na temat tego, jak za małe pieniądze żyć w obcym kraju. Marcin przedstawia swój punkt widzenia i nikogo nie stara się przekonywać, że to jedyny słuszny sposób spędzania urlopu. Wielki plus dla niego!
Pozdrawiam.
@Tomasz 30
Rozumiem Twoją reakcję na taki spam, bo w dyskusji ma za zadanie tylko ją zapchać i być kijem włożonym w mrowisko. Jednak nie ma co odpowiadać tym samym (vide - edukacja mentalna :/ ).
Marcinie, fajnie, że starasz się każdemu odpisać, ale internauci widzą, kto rżnie głupa i nie musisz takim delikwentom pisać ripost. Lepsza jest ignorancja wobec takich bo im chodzi o zwrócenie uwagi i nic więcej.
PS. taki OT sprawia wrażenie, że powinien być dział do dyskusji o blogu “księga skarg i zażaleń”
Tomasz 30 & Mauro – zawsze znajdą się osoby, które mają inne zdanie, ale tak długo jak komentarze są inteligentne, to nie ma w tym nic złego. Jeżeli jednak widzę, że dyskusja zaczyna zmierzać w złym kierunku (czytaj “dziecinnym”) to wolę ją zakończyć.
Całkowicie zgadzam się z tą książką – praca pod presją czasu daje o wiele lepsze rezultaty niż to samo zadanie wykonywane dłużej.
Na wstepie prosze nie mylic mnie z osoba piszaca o Majorce, bo na Majorce nie bylam
To nie moje komentarze.
Wracajac do pracy na etacie, o czym pisalam w innym komentarzu wczesniej, to dalej uwazam, ze ma ona swoje zalety. Pomijajac kapitalizacje doswiadczen mozna w pracy po prostu zrobic pare innych rzeczy, jak nic sie nie dzieje. Np mozna pouczyc sie do roznych egzaminow, certyfikatow, poczytac cos i nie miec poczucia zmarnowanego czasu.
Co do realizacji zadan to nic nie stoi na przeszkodzie, zeby je zrealizowac od razu po ich otrzymaniu, ale nie powiadamiac zleceniodawcy tylko je przetrzymac przez pewien czas. W ten sposob nie bedziemy zasypani praca i nie bedziemy wolami roboczymi, ale mamy zadanie gotowe i mozemy w kazdej chwili zglosic jego zakonczenie i zrobic to przed terminem.
Wierze w zarzadzanie czasem i planowanie krotkoterminowe.Oczywiscie nie na zasadzie co zrobie o ktorej godzinie w danym dniu, tylko planowanie zadaniowe: co zrobic dzisiaj i miec to z glowy. Ewentualnie zrobic co musze jak najszybciej i zajac sie czyms przyjemniejszym.
Ogólnie ciekawy artykuł. Wcześniej nie słyszałem o tym prawie. Podstawowy błąd, który popełniłeś, to jest, że nie uwzględniłeś daty powstania tego prawa. Więcej historii (gospodarki) i bibliografii.
Turek – to prawo jest uniwersalne i pamiętajmy, że po raz pierwszy zostało napisane jako satyra. Nie chodzi o jakieś tam wielkie dowody gospodarcze, tylko o normalny wpływ na codzienne życie. Każdy może tego łatwo doświadczyć.