Czy warto kupić nowe wydanie The 4-Hour Workweek?

Uwaga: zawiera achy i ochy.
Po pierwszym przeczytaniu „The 4-Hour Workweek” byłem w szoku. Od kiedy pierwszy raz sięgnąłem po tę książkę, stała się dla mnie niczym Koran dla muzułmanina. No dobra, bez przesady, nie noszę przy sobie miniaturowej wersji i nie dokonuję rytualnej ablucji przed lekturą.
Pierwszy raz przeczytałem tę książkę po polsku co było dużym błędem. Podobnie jak muzułmanie przekładów Koranu nie uważają za święty tekst, tak ja nie uważam polskiego tłumaczenia The 4-Hour Workweek jako wartego uwagi (ale naprawdę nie modlę się wieczorem z The 4-Hour Workweek w ręku).
Nie wiem jak sytuacja zmieniła się z nowym polskim wydaniem (jeszcze nie tłumaczeniem nowego wydania, ale poprawką starego – ze zmienioną okładką i naprawionym śmiesznym błędem z okładki), ale wątpię, żeby mogło chociaż w połowie oddać klimat i styl oryginału. Bo chodzi nie tylko o treść, ale też o formę.
Ale dosyć z Koranem, a czas na odpowiedź na zadane w tytule pytanie: „czy warto kupić nowe wydanie The 4-Hour Workweek?”.
Uważam tę książkę za kompletny przewodnik po temacie niezależności nie tylko finansowej, ale i ogólnie pojętej. Bardzo dobrze skrócono o co w niej chodzi tymi słowami z okładki:
He has spent more than five years learning the secrets of the New Rich, a fast-growing subculture that has abandoned the “deferred-life plan” (slave -> save -> retire) and instead mastered the new currencies – time and mobility – to create luxury lifestyles in the here and now.
W pierwszym wydaniu zostało zawarte wszystko, co było potrzebne, żeby zrozumieć czym jest osoba z gatunku New Rich i jak się nią stać. Napisana w formie instrukcji zatytułowanej DEAL (Definition, Elimination, Automation, Liberation) książka przechodzi przez wszystkie ważne tematy: począwszy od tego, do czego tak naprawdę dążymy i co rozumie się przez NR’a, przez eliminację niepotrzebnych działań, organizację własnego czasu, automatyzację biznesu lub negocjację trybu pracy na zdalną i akt wyzwolenia z biznesu lub etatu, a skończywszy na tematyce mobilnego życia, miniemerytur i wypełniania pustki po wyzwoleniu się z potrzeby pracy.
Po co nowe wydanie?
Skoro wiemy o czym mowa, czas na opisanie nowego wydania, które miało premierę 15 grudnia 2009 roku. Po co ono powstało?
Ferriss tłumaczy we wstępie:
So why the new edition if things are working so well? Because I knew it could be better, and there was a missing ingredient: you.
This expanded and updated edition contains more than 100 pages of new content, including the latest cutting-edge technologies, field-tested resources and – most important – real-world success stories chosen from more than 400 pages of case studies submitted by readers.
Co czeka w nowym wydaniu?
Ok, wiemy co nas czeka, a teraz powstaje pytanie: czy naprawdę warto kupować książkę dla 100 nowych stron i nowej okładki?
Przed definitywną odpowiedzią na to pytanie podam część nowych rzeczy, bo nie sposób wypisać każdej pojedynczej zmiany. Oprócz nowego, dodatkowego wstępu, w prawie każdym nowym rozdziale jest coś nowego, chociażby dodatkowy przypis.
Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy, to „lifestyle design in action”, czyli listy od czytelników pod koniec wielu rozdziałów. Jak sama nazwa wskazuje listy zawierają praktyczne zastosowanie ferrissowych rad w życiu.
Często jest to ciekawa lektura, chociaż uważam, że niektóre z listów są wklejone jakby na siłę, chociażby bardzo „odkrywczy” list, w którym autorka stwierdza, że 4-godzinny tydzień pracy dla rodzin nie musi oznaczać 4-miesięcznych wakacji na żaglówce na Karaibach, ale chociażby spędzanie z rodziną większej ilości czasu. Nie trzeba czytać Ferrissa, żeby znaleźć więcej czasu dla rodziny. Podobnie listy w stylu „cześć Tim, spróbowałem outsourcingu i działa super” – nie szukam w książce Ferrissa co myśli o outsourcingu jakiś Ken D. Jeżeli dodaje się element czytelnika, to wszystkie listy powinny zawierać cenne spostrzeżenia czytelnika, a nie jego zachwyt, bo to nie daje żadnej wartości.
Dobra, pomarudziłem. Są też bardzo przydatne listy, np. zamieszczony pod koniec rozdziału o zarządzaniu czasem (w tym o zasadzie Pareto) list niejakiego Victora Johnsona, muzyka, który zastosował wszystkie zasady podane przez Ferrissa dzięki czemu zorientował się, jakiej muzyki najbardziej oczekują jego słuchacze i jak może dzięki temu podnieść swój dochód. Do tego zautomatyzował sprzedaż piosenek i płyt, dzięki czemu przez niektóre miesiące może żyć z samego dochodu z pobranych plików. Właśnie kończy spłacać swój dług (błąd młodości?) i myśli o podróżowaniu i zarabianiu dzięki swojemu internetowemu dochodowi. I to jest prawdziwy, chociaż bardzo krótki, case study, których powinno być w tej książce jak najwięcej. Bo właśnie tacy ludzie najbardziej inspirują i udowadniają, że to działa.
Inne dodatki
A teraz czas na inne nowości.
Pod koniec wielu rozdziałów Ferriss wypisywał w starym wydaniu przydatne narzędzia i adresy. W nowym wydaniu jest tego z dwa razy więcej i najczęściej są to rzeczywiście bardzo przydatne linki. Są też dodatkowe teksty i ilustracje. Oto te, które najbardziej mi wpadły w oko (zapewne jakieś pominąłem):
Strona 54, How to Get George Bush Sr. or the CEO of Google on the Phone.
„Fail Better” to artykuł autorstwa Adama Gottesfelda (przedruk z gazetki Princetonu) o tym, jak studenci Ferrissa kontaktowali się ze znanymi osobami. Dobre potwierdzenie, że da się stworzyć przez maila chociaż namiastkę własnego mentora. Pewnie nigdy nie przeczytałbym tego artykułu, gdyby nie pojawił się w nowym wydaniu, więc nie czuję niesmaku, że łatwo go znaleźć w Internecie: Fail Better by Adam Gottesfeld ’07.
Strona 62, Dreamline Math – Another Good Option.
Inny sposób obliczania docelowego miesięcznego dochodu przedstawiony przez właściciela firmy Set Consulting. A skoro już jesteśmy przy temacie tej firmy – ta firma przygotowała Ferrissowi arkusz kalkulacyjny pomagający obliczyć TMI. Jeżeli ktoś tego jeszcze nie pobrał (Ferriss o tym pisał w pierwszym wydaniu), link znajduje się na podstronie Ideal Lifestyle Costing (link zatytułowany Dreamlining Calculators and Worksheet).
Strona 83, informacja o RescueTime.
Ferriss dopisał dwa zdania do punktu o zarządzaniu czasem informując o wspaniałym programie RescueTime. Wydaje się, że to nieznaczący dodatek, ale po wprowadzeniu diety informacyjnej i zainstalowaniu tego programu drastycznie zminimalizowałem czas marnowany w Internecie i zacząłem być o wiele bardziej produktywny.
Strona 97, nowa ilustracja przedstawiająca dzień pracy przed i po reorganizacji.
Znalazła się jedna nowa ilustracja. Tłumaczy ona bardzo prosto, dlaczego warto grupować zadania i nie sprawdzać maila kilkanaście lub kilkadziesiąt razy dziennie albo co gorsza mieć zawsze aktywny program pocztowy z automatycznym powiadomieniem.
Strona 135, nowy przykład w rozdziale o outsourcingu życia personalnego.
Przykład czytelnika, który uwielbia azjatycką kuchnię i zatrudnił sobie indyjskiego kucharza za… 5 dolarów od obiadu. Opisał jak szukał kucharza i jak wyglądało ogłoszenie. Dosyć zabawny przykład zważywszy na to, że czytelnik jest z zawodu szefem kuchni, ale po prostu nie ma zawsze czasu i ochoty na gotowanie. Jak widać prywatny kucharz nie musi być domeną multimilionerów.
Ale nie bójcie się, nie zlecę nikomu z Indii redagowania tego bloga.
Strona 144, Go with the Flow.
Genialny w swojej prostocie schemat blokowy ułatwiający podejmowanie decyzji dotyczących nowych działań. Powiesiłem sobie na tablicy motywacyjnej. Znalazłem go też w Sieci, oryginał: Our 4HWW Workflow, part 1.
Nowe rozdziały
No i wreszcie mamy trzy nowe rozdziały.
Pierwszy z nich to „The Best of Blog”. Nazwa wszystko wyjaśnia – Ferriss zebrał 8 wpisów ze swojego bloga i wrzucił je do książki. Jeszcze nie czytałem całego jego bloga od samego początku i dla mnie były to nowe i ciekawe rzeczy. Sporo ludzi pewnie też nie śledzi bloga Ferrissa od samego początku i mogło tych wpisów nie czytać. Mimo to uważam, że to był słaby pomysł. Rozumiem, że chciał dodać nową treść do książki, ale zamiast wklejać kopie wpisów mógł po prostu napisać coś od nowa. Dodałby świeże spostrzeżenia, napisał wszystko innymi słowami i dobrze ze sobą połączył. I nie miałbym wtedy żadnych zarzutów. A tak to pozostaje mały niesmak, bo przecież prędzej czy później i tak przeczytałbym pewnie te wpisy na jego blogu. I każdy może sobie znaleźć spis treści książki w Internecie, zobaczyć na blogu, które to są wpisy i za darmo przeczytać 35 ze 100 nowych stron.
Drugi nowy rozdział, a właściwie mały dodatek dla pracowników etatowych, to szablon pisma do szefa – propozycja zmiany stylu pracy z etatowego 9–17 na zdalny o dowolnej porze. Nawet tego nie czytałem, bo kompletnie mi to niepotrzebne, ale może komuś się przyda. Jest to przykład czytelniczki, która pracuje w agencji marketingowej i dzięki temu, że złożyła taką propozycję i jej szef ją zaakceptował, może teraz mieszkać w Argentynie i pracować 5–10 godzin tygodniowo. Ciekawe czy da się coś takiego zastosować w Polsce. Kto będzie pierwszy?
I wreszcie ostatni, trzeci i najlepszy z dodatkowych rozdziałów, czyli „Living the 4-Hour Workweek: Case Studies, Tips, and Hacks”. Jest to 13 dłuższych listów od czytelników. Na to czekałem najbardziej i nie zawiodłem się tak jak w przypadku innych nowych rozdziałów. Prawie wszystkie listy są naprawdę bardzo ciekawe. Bardzo inspirują i przedstawiają w kompleksowy sposób jak czytelnicy zmienili swoje życie dzięki zastosowaniu rad z książki. Np. jeden z czytelników zrezygnował z etatu w Dolinie Krzemowej i przeprowadził się do Kolumbii (gdzie czuje się w nocy na ulicy o wiele bezpieczniej niż w San Francisco). Zjednoczył siły ze swoim starym szefem i świadczy przez Internet usługi prawne. Do tego ma czas, żeby podróżować po świecie, a dzięki przeprowadzce do o wiele tańszej w utrzymaniu Kolumbii (w porównaniu do Kalifornii) kupił sobie ostatnio tam willę i ma własną gosposię 5 dni w tygodniu. Doskonały przykład NR’a.
Kupować czy nie kupować?
Nowe wydanie zaskoczyło mnie głównie tym, że oprócz dodatkowych rozdziałów treść książki jest uaktualniona – jest trochę więcej przypisów, linków do dodatkowych narzędzi, ilustracji, jest kilka dodatkowych artykułów lub krótkich akapitów, są dodatkowe listy pod koniec starych rozdziałów. I to okazuje się o wiele większą wartością niż nowe rozdziały. Spodziewałem się po nich o wiele więcej i dlatego najbardziej się na tym zawiodłem, ale zostało mi to zrekompensowane nową treścią w podstawowych rozdziałach.
Gdybym miał możliwość przeredagować nowe wydanie wyrzuciłbym kilka listów i usunął rozdział z wpisami z bloga. Zamiast trzech nowych rozdziałów zostałby jeden z listami od czytelników – propozycja pracy zdalnej mogłaby trafić do rozdziału z negocjacjami z szefem. A dodatkowy rozdział z case study mógłby mieć wtedy zamiast 20 stron 60 stron. I byłbym w pełni zadowolony.
„The 4-Hour Workweek” czytałem od okładki do okładki trzeci raz: pierwszy raz czytałem polskie wydanie (nie polecam), drugi raz czytałem oryginał i teraz trzeci raz czytałem nowe wydanie. Każda taka lektura wyzwala we mnie nowe pokłady kreatywności i tak było i tym razem. Dlatego dla mnie nowe wydanie jest bardzo dobre mimo wspomnianych wyżej wad. Dzięki nowej treści wpadłem na kilka nowych pomysłów. A jak ktoś lubi eksponować swoje książki na półce, to nowa okładka jest o wiele ładniejsza.
Ciężko oskarżać autora o wydanie nowej edycji książki tylko po to, żeby wyciągnąć od czytelników nowe pieniądze. Kto jak kto, ale Ferriss raczej nie potrzebuje rozpaczliwie więcej pieniędzy. Na jego blogu, w porównaniu do nowej treści w nowym wydaniu, znajdują się często o wiele bardziej wartościowe informacje. I jest ich o wiele, wiele więcej. I daje je za darmo, a mógłby z nich napisać zupełnie nową książkę.
Reasumując:
- jeżeli pierwszy raz słyszysz o Ferrissie, kup nowe wydanie, bo po co kupować stare, skoro możesz mieć aktualniejszą wersję. Zapewniam Cię, że to będzie jedna z najlepszych inwestycji w Twoim życiu.
- jeżeli jesteś wiernym fanem Ferrissa tak jak ja, każda nowa treść jest dla Ciebie bezcenna. Kup nowe wydanie dla samych dodatkowych listów i dodatkowej treści w podstawowych działach. I pamiętaj, żeby przeczytać książkę od samego początku do samego końca – efekt motywacyjny jest niesamowity, nawet jeżeli czytasz kolejny raz.
- jeżeli nie jesteś w pełni przekonany do „The 4-Hour Workweek”, nie kupuj nowego wydania. Dodatkowa treść nie zmieni Twojego życia. Lepiej poczytaj wpisy z interesujących Cię kategorii na blogu Ferrissa.
A Ty, czy czytałeś nowe wydanie „The 4-Hour Workweek”? Co o nim sądzisz? Jeżeli go nie czytałeś: czy zamierzasz je kupić?
PS. Uprzedzając pytania: książkę kupiłem z Amazona korzystając ze zwykłej, rozliczanej w dolarach, eKarty mBanku.
Jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz go skomentować lub zasubskrybować RSS i otrzymywać nowe artykuły na swój czytnik RSS.

Ksiazki nie czytalem ale zamierzam ja kupic i przeczytac
parę dni temu przeczytałem stare wydanie. czytałem w oryginale bo w końcu po coś uczyłem się tego języka, zero problemów ze zrozumieniem. swoja drogą jeśli ktoś ma problem z angielskim ferrisa to cienko widzę jego szanse w tych podróżach jako NR.
jak oceniam 4hww? takie sobie. ma rację jeśli chodzi o MBA, automatyzację i parę innych rzeczy, ale specjalnej inspiracji do naśladownictwa nie czuję. być może jak już wymyślę na czym można by zarobić to jego pomysły mi się przydadzą, ale póki co niestety etat i powolne spłacanie kredytu.
a nowe wydanie pewnie zassam jak się gdzieś pojawi. bo w końcu po co kupować skoro ferrisowi pieniądze nie potrzebne?
No, no widzę, że konkretnie wszedłeś w temat. Zaczynasz się w tym specjalizować. Jestem za tym aby w okolicach maja zorganizować spotkanie ludzi którzy aktywnie czytają Twojego bloga i go komentują. Co ty na to?
Paweł Krefta – koniecznie!
grapkulec
“swoja drogą jeśli ktoś ma problem z angielskim ferrisa to cienko widzę jego szanse w tych podróżach jako NR”
Słuszny punkt, rzeczywiście bez znajomości angielskiego może być problem. Z drugiej strony w wielu miejscach na świecie ciężko znaleźć kogokolwiek, kto mówi po angielsku, więc nie zawsze to angielski jest tym obowiązkowym językiem.
“być może jak już wymyślę na czym można by zarobić to jego pomysły mi się przydadzą, ale póki co niestety etat i powolne spłacanie kredytu” – myśl, myśl i jeszcze raz myśl, a na pewno na coś wpadniesz. Każdy z nas na pewno nosi w sobie jakiś pomysł, który można wykorzystać.
A co do kupowania/ściągania – ja wolę papierową wersję, a takiej nie ściągniesz. No i druga sprawa – jak kogoś popieram tak bardzo jak Ferrissa, to zawsze kupuję oryginał.
Andrzej – po prostu ta filozofia najbardziej mi odpowiada. A co do spotkania – pisząc szczerze – nie byłbym na coś takiego gotowy. Nie czuję, żebym na żywo mógł być jakimś dowodem, bo dopiero do tego dążę. Łatwo pisać, trudniej zrobić dobre wrażenie live.
Bardzo przydatne info, sam zadawałem sobie pytanie czym się konkretnie różni knowa wersja od starej. Chociaż jestem fanem Ferrissa, ale mimo wszystko nie kupie.
Dzięki Marcin za ten wpis, ciągle się waham, czy kupić rozszerzone wydanie angielskie czy “normalne” polskie, ale przekonałeś mnie, że kupić takie czy takie warto.
@grapkulec, czytać 400 stron na ekranie monitora to według mnie nie ciekawy pomysł, męczą się oczy, a czytelnik praktycznie nie może zmienić pozycji.
Pozdrawiam
Zdecydowanie bardziej warto kupić angielską wersję, będziesz miał wszystko tak, jak życzył sobie tego autor. W polskim tłumaczeniu, które czytałem pozmieniali rzeczy typowe dla USA i dopasowali je do Polski dopisując coś od siebie (np. zamiast amerykańskiego urzędu, który informuje o szczepionkach jest sanepid…). Zawsze mi się wydawało, że tłumaczy się dokładnie to, co pisze autor, a nie zmienia treść, żeby dopasować do innego miejsca. W ten sposób można by było wywalić cały rozdział o outsourcingu w Indiach, bo masz małą szansę, żeby znaleźć VA mówiącego po polsku. Do tego nie da się niektórych żartów przetłumaczyć na polski, np., że Ferriss był drug dealerem – to dopiero da się zrozumieć jak się czyta w oryginale.
@Maturzysta
ja tam lubię czytać na kompie, a w końcu to nie lektura szkolna żeby trzeba było czytać na wyścigi z terminem wypracowania więc przerwy sobie robić można dowolne. a z analogowym wydaniem po kilku godzinach nie mam co zrobić a wyrzucić szkoda bo parędziesiąt złociszy wydać trzeba było. zresztą co kto lubi, a jaka to różnica czy na kompie w pdfie czy na kanapie w wersji papierowej? opowieść o meksykańskim rybanku jest taka sama w obu przypadkach
@Marcin
no oczywiście, że nie wszędzie angielski no ale nie czarujmy się, hinduski żebrak pewnie mówi o wiele lepiej po angielsku niż statystyczny Polak więc jak komuś sprawia trudność książka czytania w zaciszu domowym to co będzie jak mu ukradną bagaże i nie będzie umiał się dopytać gdzie i czy w ogóle jest polska ambasada? można mieć w cholerę kasy, świetne pomysły i co, kisić się nad bałtykiem a interesy załatwiać tylko z polakami? jeśli jest coś czego szkoła uczy przydatnego (w myśl Kiyosakiego i innych , że nie uczy niczego przydatnego biznesowo) to są języki obce i jak ktoś się chce nauczyć to się ich nauczy i wykorzysta.
“Od kiedy pierwszy raz sięgnąłem po tę książkę, stała się dla mnie niczym Koran dla muzułmanina.”
I tak jak ci muzumałnie (i katolicy też nie sa w tym gorsi) czytasz swoją biblię przez palce i wybiórczo. Marzenia masz piekne o kasie płynącej automatycznie na konto i emeryturze już jutro na maledivach.
A zrobiłeś coś z ferrissa w stylu stworzenia nowego produktu, wdrożenia go i sprzedaż?
Czy może stałeś się ekspertem w jakiejś dziedzinie? To też raczej nie.
Zacząłeś od końca chyba czytać tą ksiażkę więc wróć do początku i ZACZNIJ ZARABIAĆ chłopaku – pomożesz i sobie i rodzicom którzy łożą na ciebie. Idoli się naśladuje a nie czci na ołtarzyku i rozpowiada że “jestem taki jak on”.
grapkulec – w Indiach język angielski jest dodatkowym językiem pomocniczym, więc to dosyć prawdopodobne, że będzie po nim mówił przeciętny człowiek lepiej niż przeciętny Polak.
stały czytelnik - muszę cię zawieść, ale nie czytam Ferrissa przez palce i wybiórczo. Mam piękne marzenia i do nich dążę robiąc coś więcej niż marząc. A teraz po kolei:
“A zrobiłeś coś z ferrissa w stylu stworzenia nowego produktu, wdrożenia go i sprzedaż?”
Przykro mi, ale tak. A prawdę mówiąc nawet dwa: wdrażam jeden i pracuję nad drugim. Nie czuję jednak potrzeby o tym pisać, póki nie będzie gotowe.
“Czy może stałeś się ekspertem w jakiejś dziedzinie?”
Ekspertem w rozumieniu “ktoś kto siedzi w czymś kilkanaście lat” to raczej nie z powodu swojego wieku. Ale pewną wiedzę z tematyki tego bloga raczej mam, skoro czyta go stale koło 500 osób.
“Zacząłeś od końca chyba czytać tą ksiażkę więc wróć do początku”
Kolejne pudło, bo początek książki jest o zdefiniowaniu swojego celu, a kolejny rozdział o zarządzaniu czasem. Dopiero trzeci jest o biznesie i zarabianiu.
“pomożesz i sobie i rodzicom którzy łożą na ciebie”
Również pudło, bo staram się pomagać i jednym z powodów dla których mam takie marzenia jest poprawienie życia moim rodzicom.
“Idoli się naśladuje a nie czci na ołtarzyku”
Ołtarzyka nie mam, nawet nie ułożyłem żadnej modlitwy do Wielkiego Ferrissa. Naśladuję go, ale nie muszę opisywać w każdym wpisie w jaki sposób, bo nie podążam ślepo za wszystkim co on pisze.
“i rozpowiada że “jestem taki jak on”.”
Ciekawa kwestia – gdzie to napisałem? Napisałem, że mam podobne cechy do niego, ale nie, że jestem taki jak on. Mogę mieć podobne cechy do wielu ludzi, ale to nie znaczy, że jestem taki jak oni.
Ani nie mam takiego doświadczenia jak Ferriss ani nawet go nigdy nie spotkałem, więc nie mam pojęcia jaki jest naprawdę.
To by było tyle. Wracam przed ołtarz marzyć o Malediwach, ale przedtem pójdę do kościoła, żeby odprawili mszę w mojej intencji. Bo kto by pomyślał, że są na świecie ludzie, którzy mogą jednocześnie mieć marzenia i (to będzie szok) jednocześnie pracować nad ich realizacją. To tak niespotykane!
Skoro tak polecasz, to zamówiłem już w swojej bibliotece jego książkę. Niestety będzie to wydanie polskie (MT Biznes 2008) – tylko takie było dostępne. Nawet gdybym miał możliwość wypożyczenia wydania angielskiego, to jego lektura z pełnym zrozumieniem zajęłaby mi zbyt wiele czasu. Mam nadzieję, że się nie zawiodę i nie będzie to kolejna książka o “niezależności finansowej”, jakich na rynku wiele. Po przeczytaniu podzielę się wrażeniami.
Pozdr.
“Mam nadzieję, że się nie zawiodę i nie będzie to kolejna książka o “niezależności finansowej”, jakich na rynku wiele” - nie będzie, Ferriss ma do tego zupełnie inne podejście. W takim razie czekam na wrażenia – jak nie chcesz o tym nigdzie pisać (czytaj na Twoim blogu) to możesz mi dać znać na maila, bo jestem ciekaw Twojej opinii.
Edycja: dodałem we wpisie link do schematu blokowego z podejmowaniem decyzji, bo też go znalazłem w Internecie.
Bardzo wyczerpujący wpis, chyba skuszę się na tę książkę. Dla mnie ma ona tę dodatkową zaletę, że jest po angielsku, będę więc szlifować język przy okazji szlifowania życia, by stało się brylantem
Zdecydowanie warto czytać po angielsku, ja czytam ostatnio prawie wszystkie książki po angielsku i teraz nie mam praktycznie żadnych problemów ze zrozumieniem. Nawet jak nie znam jakichś słów to i tak da się zrozumieć z kontekstu.
“będę więc szlifować język przy okazji szlifowania życia, by stało się brylantem” – i tego życzę!
Tak się zastanawiam ciekawe ilu ludzi w Polsce ma tą książke prócz nas dwojga. Nie w sensie jacy to super jesteśmy ale komu się chiało też ją sciągać z USA/UK.
Tak przy okazji to kosztowała ona na amazonie 11 dolarów czyli ok. 33 złote – a ile stoi w Polsce wydanie które ma rok a w USA wyszło pare lat temu? Więcej niż najnowsze!
Fakt że to była cena promocyjna (już urosła!) ale pozwalała zamknąć się w całych kosztach poniżej 60 złotych z przesyłką.
Będę się musiał zabrać za lekturę wreszcie, bardzo się nie kwapię bo wielkim fanem jak Marcin nie jestem, ale na pewno będzie ciekawa
Bez przesady, wielkiego wysiłku ze ściąganiem tej książki raczej nie ma hehe. A cena rzeczywiście wynosi 12 dolarów, ale jak dorzucisz do tego 4 dolary wysyłki i kolejne 4 za samą książkę to cena wynosi już niecałe 60 zł. Chociaż z drugiej strony jakbyś miał zamawiać to polskie pierwsze tłumaczenie za 50 zł to z wysyłką też by tyle było, a nawet więcej… Jest jeszcze to drugie polskie wydanie za 30 zł, ale to miękka oprawa, a takich nie czyta się zbyt wygodnie.
A co do tego Amazona – można też kupić sobie wersję na Kindle’a i normalnie na kompie czytać. Niektórzy też tak mogli zrobić.
A co do tego Amazona – można też kupić sobie wersję na Kindle’a i normalnie na kompie czytać. Niektórzy też tak mogli zrobić.
Ja tam do tego nawet zachęcam, bo książki w wersji elektronicznej można mieć bez czekania na przesyłkę i bez ponoszenia jej kosztów. Poza tym są tańsze: wersja “elektro” kosztuje 10-12$ (w zależności od posiadanego konta na Amazonie). Na Windowsa jest program, który robi za urządzenie (wspomniany Kindle), więc nie trzeba łożyć dodatkowych pieniędzy na czytnik. Także dla posiadaczy ajfków jest specjalna aplikacja, która stanowi emulator Kindle’a – oczywiście jest dostępna za darmo. Nie jest to rozwiązanie dla każdego, ale na pewno warto wziąć je pod rozwagę – w końcu takie książki pochłania się w jedno-dwa popołudnia, wiec nawet czytając z ekranu, nie jest to aż tak męczące, a – w porównaniu do sprowadzania oryginalnych wersji papierowych – co kilka zakupów ma się praktycznie książkę w wersji elektronicznej gratis.
Tutaj jednak w grę wchodzi komfort – niby na komputerze mogę sobie przeszukiwać książkę i ogółem nie muszę dla niej szukać miejsca w pokoju, ale jednak wolę czytać na papierze, bo czyta się szybciej, mniej się męczą oczy i jakoś jest większa przyjemność z czytania. Wolę trochę dopłacić i poczekać i mieć na półce hehe. Amazon mógłby w sumie przy kupowaniu wersji papierowej za free dorzucać do zamówienia wersję elektroniczną.
Sam będę się przymierzał do przeczytania tej książki. Mimo że nie miałem jej jeszcze w ręku to już wiem że to jest jedna z tych książek która wywraca światopogląd do góry nogami
Mam pytanie, czy w książce jest opisany proces outsourcing? Gdzie zlecać prace itp ?
Jest opisany outsourcing. Jest o tym bardzo dużo, ale wszystkie adresy są raczej przydatne głównie dla Amerykanów. Z polskich polecam zlecenia.przez.net.
Książka na pewno warta przeczytania

Co ciekawe brytyjski amazon liczy za wysyłkę do Polski 2x tyle co Amazon.com. No i sama książka kosztuje ~47 PLN na brytyjskim, a na amerykańskim niecałe 30
Pozdrawiam
Pewnie dlatego, że oni najpierw muszą ściągnąć z USA, dodać podatek, i dopiero wtedy mogą wysyłać dalej. A jak zamawiasz bezpośrednio z USA to nie musisz płacić podatku o ile przesyłka nie przekroczy jakiejś kwoty.